sobota, 31.października.2009, 17:32
Wpatrywały się we mnie duże, miodowe oczy, które tak dobrze pamiętałam z czasów szkolnych. Siedział na fotelu, naprzeciwko kanapy, na której obudziłam się chwilę wcześniej. Poznałam tej pokój bez większego problemu, salon państwa Black, a więc jednak jestem w środku kwatery Zakonu Feniksa. Niesamowite, nic się tu nie zmieniło od czasu mojej ostatniej wizyty.
- Pani Black... - usłyszałam piskliwy głos Stworka. - Ulubiona herbata, pani.
- Dziękuję Stworku - powiedziałam, gdy skrzat podał mi parujący, gorący napój.
- Kim jesteś? - usłyszałam jego głos, ale jego oczy zdradziły go, wiedział kim jestem.
- Melody Glegorot, chociaż ty znasz mnie jako Melody Medea von Helotre – odpowiedziałam spokojnie. Starałam się wyczytać coś z jego twarzy, jednak teraz, nawet na mnie nie patrzył. Jego wzrok uciekał w bok, więc i ja tam spojrzałam. Stało tam około dziesięciu ludzi i dobrze wiedziałam, że mimo tego, że jeszcze nie pokazali różdżek to mają je w pogotowiu.
- Ty? Tutaj? - zapytał z niedowiedzeniem, drapiąc się po głowie. Zawsze to robił, gdy czegoś nie rozumiał. - Sądziłem, że już nie masz wstępu do tego domu.
- Syriusz nie cofnął zaklęcia – chociaż oboje doskonale wiedzieliśmy, ze powinno już nie działać. Stracić swą moc, wraz ze śmiercią Syriusza. - Nie wiedziałam, że ktoś tu jest. Sądziłam, że dom jest pusty.
- To po co pani pukała? - usłyszałam wysoki, piskliwy głos.
- To szyfr. - odpowiedziałam, jak gdyby to było oczywiste.
- Co tu robisz? - zapytał, jakby dopiero do niego doszło kim jestem. Delikatnie się cofnął, nie zauważalnie, ale jednak. Musiał sobie uświadomić, kto właśnie siedzi na jego kanapie. Śmierciożerca.
- Odeszłam od nich. Nie miałam gdzie iść, a Syriusz powiedział, że to mój dom - nigdy nie byłam dobra w kłamstwie, ale tym razem było to w połowie prawdą. - Sądziłam, że to będzie dla mnie najlepsze miejsce, ale chyba się myliłam. Powinnam sobie pójść...
- Siedź kochanieńka. Jesteś jeszcze słaba. Jest nas większość, nie jest wstanie nam nic zrobić. Kiedy będzie tu Dumbledore, zdecyduje.
Molly Weasley, jak ja uwielbiałam tą kobietę. Byłam na jej ślubie z Syriuszem, ale później już jej nigdy nie zobaczyłam. Widząc ją teraz coś sie we mnie ruszyło. Zaczynałam żyć? Chyba tak, bo właśnie poczułam bicie własnego, kamiennego serca.
- Tęskniłam za tobą, Remusie – powiedziałam cicho, by usłyszał mnie tylko mężczyzna siedzący naprzeciwko. Nieśmiało, opuszkami palców dotknęłam jego dłoni. Byłą ciepła jak zwykle, ale teraz biło od niego zdenerwowanie i zagubienie. Uśmiechnął się delikatnie, by dodać nie tylko mi otuchy, ale także i sobie.
- Nazywam się Remus. Remus Lupin. - powiedział chłopczyk, o włosach koloru brązu i oczach koloru miodu.
- Melody von Helotre. - odpowiedziała uprzejmie dziewczynka i delikatnie dygając.
Chłopiec zaśmiał się radośnie, czego Melody nie zrozumiała, przecież zachowała się tak jak należy. Odgarnęła z oczu zabłąkanego loczka po czym założyła go za ucho.
- Pierwszy raz na Pokątnej? - spytała, widząc zdenerwowanie i zagubienie chłopca.
- Nie, skądże. Przychodziłem tu wcześniej z rodzicami, ale oni teraz poszli do Gringotta – odpowiedział Remus, bawiąc się swoimi dłońmi. - A ja miałem czekać w Esach i Floresach, ale trochę się zgubiłem.
- Z chęcią Cię zaprowadzę! - odparła entuzjastycznie Melody. - Moglibyśmy wcześniej wstąpić do Ollivandera? Nie mam jeszcze różdżki, a to nie powinno potrwać zbyt długo.
- Chętnie. Ja już swoją mam. Włos z głowy wili, klon, 9 i pół cala. - powiedział uradowany.
- Ciekawe jaką ja dostanę. Mój brat ma serce smoka i mahoń. Jest świetny w numerologi, prawie najlepszy. - mówiła szybko, niezrozumiale, chcąc przekazać chłopcu jak najwięcej.
- Ollivander powiedział, że dzięki tej różdżce będę dobry.
Na pewno, inaczej różdżka by cię nie wybrała.
Sklep Ollivandera znajdował się niedaleko, a Melody znała tą drogę prawie na pamięć. zawsze, gdy była z ojcem na Pokątnej chodziła właśnie tam, by oglądać i podziwiać różdżki. Dlatego sadziła, że wybór odpowiedniej dla niej, nie będzie problemem.
- Panienka Helotre. - Ollivander wyraźnie ucieszył się na widok małej dziewczynki.
- Potrzebuję różdżki. - powiedziała głośno i rozkazująco, Remus nie zauważył jednak tego.
- Ależ oczywiście. Oczywiście. Może spróbujemy najpierw od... Ach tak, 9 i pół cala, klon, włos wili – powiedział, zdejmując zakurzone pudełko z najniższej półki. Jednak nic się nie stało, a tym bardziej nic, czego dziewczynka się spodziewała. Każdy mówił, że kiedy weźmie się właściwą różdżkę, poczuje się moc. Stała tak wpatrując się w trzymany w rękach magiczny patyk.
- Nic. - odpowiedziała słabo.
- Machnij nią. - zarządzał różdżkarz, ale szybko tego pożałował, gdy jego kochany wazon znów rozbił się na malutkie kawałeczki. - To nic. To nic.
Różdżki, które pokazywał Ollivander na nie wiele się zdały, żadna z nich nie chciała Melody. Dziewczyna zaczęła się już naprawdę martwić. Jeszcze parę takich prób, a pewnie by się rozpłakała. Jednak wtedy Ollivander wybiegł na zaleczę, a gdy wrócił dumnie niósł brązowe pudełko.
- Wykonał ją jeszcze mój ojciec. Ostatni egzemplarz, zupełnie o niej zapomniałem. 16 cali, cis i serce smoka.
Od różdżki biło coś niezwykłego, zdawała się być najbardziej idealna ze wszystkich, które do tej pory widziała. Jakby ten kawałek drewna ją wołał, przywoływał i mamił. Nie mogła oderwać od niej wzroku. Już wtedy Melody wiedziała, że to będzie jej różdżka. Wybrały się.
- Przepraszam, że to tak długo trwało - powiedziała skruszona. - Dotarliśmy wreszcie do księgarni.
- Nic się nie stało. O widzę moich rodziców – chłopiec od razu się rozweselił. - Cześć! Do zobaczenia w szkole.
- Mam nadzieję, że trafimy do jednego domu. - zaśmiała się dziewczynka, przytulając Remusa. Oboje już wiedzieli, że zostaną przyjaciółmi.
Siedziałam w salonie, ale jeśli powiem, ze sama, to skłamię. Zawsze ktoś ze mną był. Obserwowali mnie uważnie, jakbym miała sprowadzić na nich jakiś kataklizm. W pewien sposób ich rozumiałam, byli na tyle inteligentni, by mi nie ufać, a to dobrze o nich świadczyło. Stworek, był dla mnie uprzejmy, jak zawsze zresztą. Zauważyłam, ze dziwiło to członków zakonu, ale szybko zrozumiałam, ze nie darzą skrzata zaufaniem, czy przyjaźnią i vice versa. Przynosił mi coś ciągle, jeśli nie do jedzenia, to do picia. Za każdym razem tytułując mnie „Pani Black”, było to dziwne i niezręczne. Nie dość, że przypominające pewne dziwne wspomnienie, to jeszcze skrzat uznał mnie za swą panią. Może właśnie dlatego zaklęcie Syriusza nie przestało działać. Jeśli tak, to byłam ogromnie wdzięczna Stworkowi.
- Nic się nie zmieniłaś. - powiedział w końcu Moody, który teraz mnie pilnował.
- Dziękuję, Alastorze. - pokłoniłam lekko głowę, jako znak podziękowania. Sądziłam, że nie zostało mi nic z arystokratki, a tu proszę. Jeszcze co nieco pamiętam. - Co tu się działo, kiedy mnie nie było?
- Tak naprawdę nic ciekawego. Czuję, że dopiero teraz zacznie się dziać - jego magiczne oko świdrowało mnie, chcąc przejrzeć mnie na wylot. - Dlaczego tu przyszłaś?
- To dziwne pytanie, Alastorze. Nie wiem czy pamiętasz, ale należałam do pierwszych członków Zakonu Feniksa. - odpowiedziałam z dumą, bo rzeczywiście tamte czasy pamiętam jako dumne i szczęśliwe.
- Byłaś. Tak, ale już nie jesteś. Zostałaś śmierciożercą i zabijałaś.
- Ty też zabijałeś. Będziesz mi teraz wypominał, każdy błąd mojego życia?
- Błędem twojego życia, było to, że go zostawiłaś. - usłyszała za sobą chrapliwy, ale przyjemny głos. Doskonale wiedziałam do kogo należy, ale bałam się odwrócić. Nie mogłam teraz spojrzeć mu w oczy, teraz, kiedy w moich zalśniły łzy.
- Podjęliśmy wspólnie tą decyzję. Sama, z własnej woli, nie opuściłabym go. Remusie, uwierz mi - mój głos stał się błagalny.
Moody patrzył na nas podejrzliwie, jakbyśmy to zaplanowali. Wiedział, że byliśmy przyjaciółmi, ale nie miał pojęcia o naszych tajemnicach. A właśnie teraz Remus, prawie o niej powiedział. Dlaczego tą, której wstydziłam się najbardziej?
- Kochałam go – powiedziałam prawie szeptem, tak by nie usłyszał tego żaden z nich.
***
Z okazji Halloween! Miłego świętowania.
Jeżeli chcesz by informowany o nowych rozdziałach, proszę o wpis do Księgi gości. Ułatwi mi to zadanie.
Kolejny rozdział koło 6.11, bądź jeśli przez tą maturę głupią się nie wyrobię, to na pewno pojawi się w okolicach 11.11.
Dziękuję za uwagę i zapraszam do wyrażania opinii o rozdziale.
- Pani Black... - usłyszałam piskliwy głos Stworka. - Ulubiona herbata, pani.
- Dziękuję Stworku - powiedziałam, gdy skrzat podał mi parujący, gorący napój.
- Kim jesteś? - usłyszałam jego głos, ale jego oczy zdradziły go, wiedział kim jestem.
- Melody Glegorot, chociaż ty znasz mnie jako Melody Medea von Helotre – odpowiedziałam spokojnie. Starałam się wyczytać coś z jego twarzy, jednak teraz, nawet na mnie nie patrzył. Jego wzrok uciekał w bok, więc i ja tam spojrzałam. Stało tam około dziesięciu ludzi i dobrze wiedziałam, że mimo tego, że jeszcze nie pokazali różdżek to mają je w pogotowiu.
- Ty? Tutaj? - zapytał z niedowiedzeniem, drapiąc się po głowie. Zawsze to robił, gdy czegoś nie rozumiał. - Sądziłem, że już nie masz wstępu do tego domu.
- Syriusz nie cofnął zaklęcia – chociaż oboje doskonale wiedzieliśmy, ze powinno już nie działać. Stracić swą moc, wraz ze śmiercią Syriusza. - Nie wiedziałam, że ktoś tu jest. Sądziłam, że dom jest pusty.
- To po co pani pukała? - usłyszałam wysoki, piskliwy głos.
- To szyfr. - odpowiedziałam, jak gdyby to było oczywiste.
- Co tu robisz? - zapytał, jakby dopiero do niego doszło kim jestem. Delikatnie się cofnął, nie zauważalnie, ale jednak. Musiał sobie uświadomić, kto właśnie siedzi na jego kanapie. Śmierciożerca.
- Odeszłam od nich. Nie miałam gdzie iść, a Syriusz powiedział, że to mój dom - nigdy nie byłam dobra w kłamstwie, ale tym razem było to w połowie prawdą. - Sądziłam, że to będzie dla mnie najlepsze miejsce, ale chyba się myliłam. Powinnam sobie pójść...
- Siedź kochanieńka. Jesteś jeszcze słaba. Jest nas większość, nie jest wstanie nam nic zrobić. Kiedy będzie tu Dumbledore, zdecyduje.
Molly Weasley, jak ja uwielbiałam tą kobietę. Byłam na jej ślubie z Syriuszem, ale później już jej nigdy nie zobaczyłam. Widząc ją teraz coś sie we mnie ruszyło. Zaczynałam żyć? Chyba tak, bo właśnie poczułam bicie własnego, kamiennego serca.
- Tęskniłam za tobą, Remusie – powiedziałam cicho, by usłyszał mnie tylko mężczyzna siedzący naprzeciwko. Nieśmiało, opuszkami palców dotknęłam jego dłoni. Byłą ciepła jak zwykle, ale teraz biło od niego zdenerwowanie i zagubienie. Uśmiechnął się delikatnie, by dodać nie tylko mi otuchy, ale także i sobie.
- Nazywam się Remus. Remus Lupin. - powiedział chłopczyk, o włosach koloru brązu i oczach koloru miodu.
- Melody von Helotre. - odpowiedziała uprzejmie dziewczynka i delikatnie dygając.
Chłopiec zaśmiał się radośnie, czego Melody nie zrozumiała, przecież zachowała się tak jak należy. Odgarnęła z oczu zabłąkanego loczka po czym założyła go za ucho.
- Pierwszy raz na Pokątnej? - spytała, widząc zdenerwowanie i zagubienie chłopca.
- Nie, skądże. Przychodziłem tu wcześniej z rodzicami, ale oni teraz poszli do Gringotta – odpowiedział Remus, bawiąc się swoimi dłońmi. - A ja miałem czekać w Esach i Floresach, ale trochę się zgubiłem.
- Z chęcią Cię zaprowadzę! - odparła entuzjastycznie Melody. - Moglibyśmy wcześniej wstąpić do Ollivandera? Nie mam jeszcze różdżki, a to nie powinno potrwać zbyt długo.
- Chętnie. Ja już swoją mam. Włos z głowy wili, klon, 9 i pół cala. - powiedział uradowany.
- Ciekawe jaką ja dostanę. Mój brat ma serce smoka i mahoń. Jest świetny w numerologi, prawie najlepszy. - mówiła szybko, niezrozumiale, chcąc przekazać chłopcu jak najwięcej.
- Ollivander powiedział, że dzięki tej różdżce będę dobry.
Na pewno, inaczej różdżka by cię nie wybrała.
Sklep Ollivandera znajdował się niedaleko, a Melody znała tą drogę prawie na pamięć. zawsze, gdy była z ojcem na Pokątnej chodziła właśnie tam, by oglądać i podziwiać różdżki. Dlatego sadziła, że wybór odpowiedniej dla niej, nie będzie problemem.
- Panienka Helotre. - Ollivander wyraźnie ucieszył się na widok małej dziewczynki.
- Potrzebuję różdżki. - powiedziała głośno i rozkazująco, Remus nie zauważył jednak tego.
- Ależ oczywiście. Oczywiście. Może spróbujemy najpierw od... Ach tak, 9 i pół cala, klon, włos wili – powiedział, zdejmując zakurzone pudełko z najniższej półki. Jednak nic się nie stało, a tym bardziej nic, czego dziewczynka się spodziewała. Każdy mówił, że kiedy weźmie się właściwą różdżkę, poczuje się moc. Stała tak wpatrując się w trzymany w rękach magiczny patyk.
- Nic. - odpowiedziała słabo.
- Machnij nią. - zarządzał różdżkarz, ale szybko tego pożałował, gdy jego kochany wazon znów rozbił się na malutkie kawałeczki. - To nic. To nic.
Różdżki, które pokazywał Ollivander na nie wiele się zdały, żadna z nich nie chciała Melody. Dziewczyna zaczęła się już naprawdę martwić. Jeszcze parę takich prób, a pewnie by się rozpłakała. Jednak wtedy Ollivander wybiegł na zaleczę, a gdy wrócił dumnie niósł brązowe pudełko.
- Wykonał ją jeszcze mój ojciec. Ostatni egzemplarz, zupełnie o niej zapomniałem. 16 cali, cis i serce smoka.
Od różdżki biło coś niezwykłego, zdawała się być najbardziej idealna ze wszystkich, które do tej pory widziała. Jakby ten kawałek drewna ją wołał, przywoływał i mamił. Nie mogła oderwać od niej wzroku. Już wtedy Melody wiedziała, że to będzie jej różdżka. Wybrały się.
- Przepraszam, że to tak długo trwało - powiedziała skruszona. - Dotarliśmy wreszcie do księgarni.
- Nic się nie stało. O widzę moich rodziców – chłopiec od razu się rozweselił. - Cześć! Do zobaczenia w szkole.
- Mam nadzieję, że trafimy do jednego domu. - zaśmiała się dziewczynka, przytulając Remusa. Oboje już wiedzieli, że zostaną przyjaciółmi.
Siedziałam w salonie, ale jeśli powiem, ze sama, to skłamię. Zawsze ktoś ze mną był. Obserwowali mnie uważnie, jakbym miała sprowadzić na nich jakiś kataklizm. W pewien sposób ich rozumiałam, byli na tyle inteligentni, by mi nie ufać, a to dobrze o nich świadczyło. Stworek, był dla mnie uprzejmy, jak zawsze zresztą. Zauważyłam, ze dziwiło to członków zakonu, ale szybko zrozumiałam, ze nie darzą skrzata zaufaniem, czy przyjaźnią i vice versa. Przynosił mi coś ciągle, jeśli nie do jedzenia, to do picia. Za każdym razem tytułując mnie „Pani Black”, było to dziwne i niezręczne. Nie dość, że przypominające pewne dziwne wspomnienie, to jeszcze skrzat uznał mnie za swą panią. Może właśnie dlatego zaklęcie Syriusza nie przestało działać. Jeśli tak, to byłam ogromnie wdzięczna Stworkowi.
- Nic się nie zmieniłaś. - powiedział w końcu Moody, który teraz mnie pilnował.
- Dziękuję, Alastorze. - pokłoniłam lekko głowę, jako znak podziękowania. Sądziłam, że nie zostało mi nic z arystokratki, a tu proszę. Jeszcze co nieco pamiętam. - Co tu się działo, kiedy mnie nie było?
- Tak naprawdę nic ciekawego. Czuję, że dopiero teraz zacznie się dziać - jego magiczne oko świdrowało mnie, chcąc przejrzeć mnie na wylot. - Dlaczego tu przyszłaś?
- To dziwne pytanie, Alastorze. Nie wiem czy pamiętasz, ale należałam do pierwszych członków Zakonu Feniksa. - odpowiedziałam z dumą, bo rzeczywiście tamte czasy pamiętam jako dumne i szczęśliwe.
- Byłaś. Tak, ale już nie jesteś. Zostałaś śmierciożercą i zabijałaś.
- Ty też zabijałeś. Będziesz mi teraz wypominał, każdy błąd mojego życia?
- Błędem twojego życia, było to, że go zostawiłaś. - usłyszała za sobą chrapliwy, ale przyjemny głos. Doskonale wiedziałam do kogo należy, ale bałam się odwrócić. Nie mogłam teraz spojrzeć mu w oczy, teraz, kiedy w moich zalśniły łzy.
- Podjęliśmy wspólnie tą decyzję. Sama, z własnej woli, nie opuściłabym go. Remusie, uwierz mi - mój głos stał się błagalny.
Moody patrzył na nas podejrzliwie, jakbyśmy to zaplanowali. Wiedział, że byliśmy przyjaciółmi, ale nie miał pojęcia o naszych tajemnicach. A właśnie teraz Remus, prawie o niej powiedział. Dlaczego tą, której wstydziłam się najbardziej?
- Kochałam go – powiedziałam prawie szeptem, tak by nie usłyszał tego żaden z nich.
***
Z okazji Halloween! Miłego świętowania.
Jeżeli chcesz by informowany o nowych rozdziałach, proszę o wpis do Księgi gości. Ułatwi mi to zadanie.
Kolejny rozdział koło 6.11, bądź jeśli przez tą maturę głupią się nie wyrobię, to na pewno pojawi się w okolicach 11.11.
Dziękuję za uwagę i zapraszam do wyrażania opinii o rozdziale.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Komentarze (20), Dodaj
niedziela, 18.października.2009, 21:21
Teraźniejszość
Nie wiem jak znalazłam się w domu, a tym bardziej nie miałam pojęcia dlaczego klęczę, trzymając się kurczowo brzucha. Czułam się jakby potraktowano mnie bardzo silnym zaklęciem, chociaż nikt już tego od dawna nie robił. Siedział na fotelu, wpatrując się we mnie tymi zimnymi, błękitnymi oczami. Był wściekły, musiał być, ale wydawał się tak bardzo opanowany, że już sama nie wiedziałam czy znam tego człowieka. Czy to mój mąż?
- Sądziłem, że już pogodziłaś się ze swym losem? - usłyszałam jego melodyjny głos, słodki jak mód i jadowity jak wąż. Co miałam mu powiedzieć? Pogodziłam się? Nie, nigdy nie przestanę walczyć, nawet jeśli ta walka ma się odbywać tylko wewnątrz mnie. Ale czy właśnie o to pytał? Myślałam, że będzie wściekły.... - Chyba nie myślałaś, że tego nie zauważyłem?
- Kochanie... - to słowo budziło we mnie odruch wymiotny, jednak już dawno pogodziłam się z obowiązkami żony. - O czym ty mówisz?
- Syriusz Black nie żyje - zabolało, ale jego głos dalej nie okazywał żadnych emocji. - a ty klęczysz i ryczysz, jakbym zabił twoją córkę.
Dlaczego taki był? Wiedział, ile dla mnie Syriusz znaczył. Wiedział, jak oboje cierpieliśmy w dniu mojego ślubu. Czy sądził, ze byłam zdolna zapomnieć o mojej jedynej, prawdziwej miłości? Czy to było możliwe bym zapomniała? Nie, stałabym się wrakiem człowieka, wiedźmą, która nie jest zdolna do niczego. Tego właśnie chciał?
Załkałam. Mimowolnie, znów przypomniałam sobie te stalowe oczy. Dlaczego to musi znowu tak boleć? Już tyle razy opłakiwałam jego los, czemu świat musi być taki okrutny? Starałam się przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz go widziałam, a było to tak dawno temu? Pięć lat temu? Nie, to było jakoś po osadzeniu go w Azkabanie. Dzięki wpływom męża wpuszczono mnie do niego. Zbyt mało czasu, by się nim nacieszyć, ale i zbyt wiele cierpień mi to przysporzyło. A wcześniej? Ach, to było tuż po śmierci Lily i Jamesa, oskarżał mnie wtedy, że to moja wina. A co ja wtedy zrobiłam? Krzyczałam, że zdradził przyjaciół, chociaż nikt nie dał mi prawa, by go oceniać, gdy sama go zdradziłam.
Ściany pokoju były mandarynkowe, jak sama sobie zażyczyłam w dniu ślubu. Mój pokój, moja samotnia znajdywała się na poddaszu. Uwielbiałam to miejsce, jedyne w całym mieszkaniu, które mogłam nazwać domem. Ze zdjęć, które porozwieszałam na ścianach, uśmiechali się znani mi ludzi. Lily, która stała radośnie przy Severusie, zrobiłam to zdjęcie chyba jakoś przed SUMami, Mercedes, moja najlepsza przyjaciółka, wylegiwała się na łóżku w Dormitorium. Takich zdjęć było tu wiele, pewnie każdego normalnego człowieka denerwowało by tyle machających i uśmiechających się ludzi, ale nie mnie. To właśnie oni dawali mi siłę by rano wstać.
Łóżko na którym leżałam, miało czerwoną, satynową pościel. Uwielbiałam czerwień. Nad łóżkiem, na suficie było największe zdjęcie, uwielbiałam na nie patrzeć. Tak wiele wspomnień znajdywało się w tym jednym malutkim obrazku. Stałam między dwoma chłopcami, jeden był wyższy ode mnie o głowę, miał przydługawe, czarne włosy, a jego stalowe oczy wpatrywały się w fotografa. Drugi chłopak był mojego wzrostu, miał brązowe włosy i przyjemny uśmiech, uwielbiałam ten uśmiech, był zawsze taki szczery i pokrzepiający. Remus i Syriusz. Syriusz i Remus, to właśnie ich kochałam najbardziej. Dwóch przyjaciół, którzy byli ze mną w tych trudnych momentach, jak śmierć ojca i brata. Dalej stał James, który radośnie uśmiechał się do pani fotograf, którą była Lily. Kto by pomyślał, że ona za niego wyjdzie, że spełni się ich wspaniały, czarodziejski sen. To było pod koniec siódmej klasy, wtedy jeszcze żadne późniejsze decyzje nie zostały podjęte ani przeze mnie, ani przez niego.
Usłyszałam ciche, ale stanowcze kroki na górę, to musiała być ona. Tęskniłam, za tą jej czarną czuprynką, za uśmiechem, spojrzeniem, każdym gestem i głosem. Zamknęłam oczy, chciałam by pomyślała, ze śpię. Chciałam ją zobaczyć, ale ona nie powinna patrzeć na mnie w tym stanie, mimo, że wyglądałam już o wiele lepiej niż kilka dni temu.
- Mamo... - nie słyszałam tego głosu od świąt, był taki radosny, ale i pełen zmartwień. - Ojciec powiedział, że źle sie czujesz. Chora jesteś?
- Nic mi nie jest, kochanie – powiedziałam spokojnie, bałam się, by nie zadrżał mi głos. Nie chciałam by przejęła się tym, co dzieje się w mojej głowie i sercu.
- Ojciec chce nas przenieś do Hogwartu, dlaczego? - mimowolnie zacisnęłam mocniej oczy. Ta nazwa, zbyt wiele.
- Wie co robi – otworzyłam oczy i spojrzałam na nią. Jak ona się zmieniła, nie jest już tym nieupierzonym ptaszkiem, którego puściłam do dziadków, do Francji. Spod długich rzęs, patrzyły na mnie duże, stalowe oczy. Włosy, spięła w kok, tylko niesforne, czarne loczki opadały na okrągłą buzię. - Cieszę się, że wróciłaś.
Uwielbiałam te chwile, gdy beztrosko leżałyśmy, wpatrywałyśmy się w fotografie, a ja opowiadałam jej historie z Hogwartu. Zawsze wtedy iskrzyły jej oczy, kiedy nagminnie kazała mi opowiadać o huncwotach. Uwielbiałam to robić, czułam się jakbym znów była z nimi w domu, a do tego poznawałam ich z moją córeczką. Najgorzej było mówić o Syriuszu, ale nie wiedzieć czemu, nigdy o niego nie pytała, mimo, że to właśnie w jego zdjęcia wpatrywała się najdłużej. Najbardziej ciekawił ją Remus, nie mogła zrozumieć dlaczego zerwałam z nim wszelki kontakt. Było to przecież tak oczywiste, musiałam go chronić. Jednak, czy po upadku Czarnego Pana, też go chroniłam? Sama już nie wiem. Bałam się spojrzeć na niego, co jeśli i on obwinia mnie o śmierć Jamesa? Nie zniosłabym tego ciosu, wolałam uciec. Tak, inaczej tego nie nazwę. Uciekałam przed wszystkim co mnie przerażało. I tak ma wyglądać moje życie? Wieczna ucieczka przed najbliższymi? Jednak, czy oni dalej są najbliższymi, najukochańszymi? Mam rodzinę, męża i dzieci, czy to nie oni powinni być mi najbliższymi, a nie duchy przeszłości. Boję się przeszłości, ale boję się i przyszłości, więc może teraźniejszość przyniosłaby mi trochę bezpieczeństwa. Tak, muszę ich zobaczyć! Dziękuję, córeczko, za twoją nieświadomą pomoc...
- Potter stracił najwierniejszego przyjaciela. Czuje się bezbronny i zagubiony. Nie stanowi teraz zagrożenia, szybko i łatwo się go pozbędziemy. Jest bezsilny, bez swojego ojca chrzestnego. - oznajmił Voldemort, mimo niepowodzenia, był zadowolony. Zabili kogoś ważnego, dla jego odwiecznego wroga, Harrego Pottera.
Przy stole siedziało dwunastu śmierciożerców, tych najbardziej wiernych Czarnemu Panu. Jak się tu znalazłam? To oczywiste, dzięki Romualdowie. Cała jego rodzina służyła Czarnemu Panu, a on był najbliższy czarnoksiężnikowi. Wiele razy to pokazał, gdy na początku naszego małżeństwa torturował mnie, a nawet wtedy, gdy byłam w pierwszej ciąży, musiał pokazywać swoją władzę nade mną. Los żony śmierciożercy bywa okrutniejszy, niż los jego ofiar, które w końcu zabija. Tak naprawdę, skończyło się to jakieś dziesięć lat temu, gdy urodziłam mu chłopca i nie powtórzyło się juz nigdy więcej. Jednak teraz, wiedziałam, że to mnie spotka. Czarny Pan na pewno wiedział o mojej „niesubordynacji” w Departamencie Tajemnic, kiedy to odmówiłam walki z Zakonem. Kiedy ja kuliłam się czekając na karę, Bellatrix siedziała dumnie, zadowolona, że to właśnie ona uszczęśliwiła swego pana. Kto by sądził, że mogłam ją kiedyś lubić. Jak zawsze okrutna i niezdolna do jakichkolwiek wyższych uczyć. To właśnie ona pomogła ciotce dokonać wyboru co do mojego zamążpójścia. Kto by pomyślał, że coś takiego może zdarzyć się w dwudziestym wieku?
- Melody – usłyszałam jego głos, po plecach przeszedł mnie dreszcz.
- Panie... - starałam się zachować spokój, jednak mój głos był jakoś zbyt piskliwy.
- Mam dla ciebie zadanie. Hogwart przyjmie cię jako nauczycielkę pojedynków, mamy trudne czasu, uczniom przyda się trochę tej wiedzy. Masz zbliżyć się do Pottera i Dumbledora, jak tylko będzie to możliwe. Masz być moim szpiegiem tam. Ma Ci zaufać Zakon, tak, że powierzy Ci wszystkie swe tajemnice. Masz wydać mi wszystkich ich członków - mówił spokojnie.
- Panie to niemożliwe. Nie zaufają mi! - mój piskliwy głos, przerodził się prawie w krzyk. A więc to ma być moja kara. Dlaczego po prostu mnie nie zabiję?
- Pójdziesz do nich pobita i brudna, a oni ci zaufają, Melody.
Tortury. Tortury. Tortury. Jak mogłam sądzić, że będzie chciał się na mnie zemścić tylko w tamten sposób. To było oczywiste, że musiał mi pokazać gdzie moje miejsce, co mnie czeka jeśli go zdradzę. Kiedy cię torturują, nie wiele dociera do ciebie, jedynie strzępki rozmów, urwane słowa, śmiech. Jednak kiedyś, umiałam wytrzymać ból, musiałam wychwycić właśnie te najbardziej poufne informacje. Kto ostrzegł Dumbledora, że Czarny Pan chce zabić Jamesa i Lily? Ja. Zanim Severus zdobył się na odwagę zdradzenia swego pana, wszyscy już o tym wiedzieli. Zakon Feniksa, dawna rodzina, przyjaciele. Tak, byłam dawno temu członkinią organizacji zwalczającej Voldemorta...
Do oczu napłynęły mi łzy. Stałam na przeciwko, najpiękniejszego i najlepiej znanego mi domu. Gdyby on tu był, byłby to i mój dom. Wpatrywałam się w
Grimmauld Place 12, nie sądziłam, że zaklęcie Syriusz będzie silniejsze niż zaklęcie Fideliusa. Jak to możliwy? Nie wiedziałam. Black rzucił jakieś nieznane mi zaklęcie na swój dom, bym widziała go zawsze, kiedy będę chciała do niego wejść. A ja chciałam, musiałam, nie miałam wyboru. Voldemort dowiedział się, że gdzieś tu jest kwatera Zakonu, jednak ani on, ani żaden śmierciożerca, oprócz mnie nie zobaczy domu. O ironio losu!
Zapukałam, chciałam by nikt nie otworzył, jednak po chwili, drzwi otworzyły się nie pewnie. A w nich stał chłopiec, którego kiedyś znałam, teraz już mężczyzna. Zakręciło mi się w głowie, tortury mnie wyczerpały, już wcześniej ledwo stałam. Ostatnim co zobaczyłam, było przerażenie w jego oczach.
Nie wiem jak znalazłam się w domu, a tym bardziej nie miałam pojęcia dlaczego klęczę, trzymając się kurczowo brzucha. Czułam się jakby potraktowano mnie bardzo silnym zaklęciem, chociaż nikt już tego od dawna nie robił. Siedział na fotelu, wpatrując się we mnie tymi zimnymi, błękitnymi oczami. Był wściekły, musiał być, ale wydawał się tak bardzo opanowany, że już sama nie wiedziałam czy znam tego człowieka. Czy to mój mąż?
- Sądziłem, że już pogodziłaś się ze swym losem? - usłyszałam jego melodyjny głos, słodki jak mód i jadowity jak wąż. Co miałam mu powiedzieć? Pogodziłam się? Nie, nigdy nie przestanę walczyć, nawet jeśli ta walka ma się odbywać tylko wewnątrz mnie. Ale czy właśnie o to pytał? Myślałam, że będzie wściekły.... - Chyba nie myślałaś, że tego nie zauważyłem?
- Kochanie... - to słowo budziło we mnie odruch wymiotny, jednak już dawno pogodziłam się z obowiązkami żony. - O czym ty mówisz?
- Syriusz Black nie żyje - zabolało, ale jego głos dalej nie okazywał żadnych emocji. - a ty klęczysz i ryczysz, jakbym zabił twoją córkę.
Dlaczego taki był? Wiedział, ile dla mnie Syriusz znaczył. Wiedział, jak oboje cierpieliśmy w dniu mojego ślubu. Czy sądził, ze byłam zdolna zapomnieć o mojej jedynej, prawdziwej miłości? Czy to było możliwe bym zapomniała? Nie, stałabym się wrakiem człowieka, wiedźmą, która nie jest zdolna do niczego. Tego właśnie chciał?
Załkałam. Mimowolnie, znów przypomniałam sobie te stalowe oczy. Dlaczego to musi znowu tak boleć? Już tyle razy opłakiwałam jego los, czemu świat musi być taki okrutny? Starałam się przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz go widziałam, a było to tak dawno temu? Pięć lat temu? Nie, to było jakoś po osadzeniu go w Azkabanie. Dzięki wpływom męża wpuszczono mnie do niego. Zbyt mało czasu, by się nim nacieszyć, ale i zbyt wiele cierpień mi to przysporzyło. A wcześniej? Ach, to było tuż po śmierci Lily i Jamesa, oskarżał mnie wtedy, że to moja wina. A co ja wtedy zrobiłam? Krzyczałam, że zdradził przyjaciół, chociaż nikt nie dał mi prawa, by go oceniać, gdy sama go zdradziłam.
Ściany pokoju były mandarynkowe, jak sama sobie zażyczyłam w dniu ślubu. Mój pokój, moja samotnia znajdywała się na poddaszu. Uwielbiałam to miejsce, jedyne w całym mieszkaniu, które mogłam nazwać domem. Ze zdjęć, które porozwieszałam na ścianach, uśmiechali się znani mi ludzi. Lily, która stała radośnie przy Severusie, zrobiłam to zdjęcie chyba jakoś przed SUMami, Mercedes, moja najlepsza przyjaciółka, wylegiwała się na łóżku w Dormitorium. Takich zdjęć było tu wiele, pewnie każdego normalnego człowieka denerwowało by tyle machających i uśmiechających się ludzi, ale nie mnie. To właśnie oni dawali mi siłę by rano wstać.
Łóżko na którym leżałam, miało czerwoną, satynową pościel. Uwielbiałam czerwień. Nad łóżkiem, na suficie było największe zdjęcie, uwielbiałam na nie patrzeć. Tak wiele wspomnień znajdywało się w tym jednym malutkim obrazku. Stałam między dwoma chłopcami, jeden był wyższy ode mnie o głowę, miał przydługawe, czarne włosy, a jego stalowe oczy wpatrywały się w fotografa. Drugi chłopak był mojego wzrostu, miał brązowe włosy i przyjemny uśmiech, uwielbiałam ten uśmiech, był zawsze taki szczery i pokrzepiający. Remus i Syriusz. Syriusz i Remus, to właśnie ich kochałam najbardziej. Dwóch przyjaciół, którzy byli ze mną w tych trudnych momentach, jak śmierć ojca i brata. Dalej stał James, który radośnie uśmiechał się do pani fotograf, którą była Lily. Kto by pomyślał, że ona za niego wyjdzie, że spełni się ich wspaniały, czarodziejski sen. To było pod koniec siódmej klasy, wtedy jeszcze żadne późniejsze decyzje nie zostały podjęte ani przeze mnie, ani przez niego.
Usłyszałam ciche, ale stanowcze kroki na górę, to musiała być ona. Tęskniłam, za tą jej czarną czuprynką, za uśmiechem, spojrzeniem, każdym gestem i głosem. Zamknęłam oczy, chciałam by pomyślała, ze śpię. Chciałam ją zobaczyć, ale ona nie powinna patrzeć na mnie w tym stanie, mimo, że wyglądałam już o wiele lepiej niż kilka dni temu.
- Mamo... - nie słyszałam tego głosu od świąt, był taki radosny, ale i pełen zmartwień. - Ojciec powiedział, że źle sie czujesz. Chora jesteś?
- Nic mi nie jest, kochanie – powiedziałam spokojnie, bałam się, by nie zadrżał mi głos. Nie chciałam by przejęła się tym, co dzieje się w mojej głowie i sercu.
- Ojciec chce nas przenieś do Hogwartu, dlaczego? - mimowolnie zacisnęłam mocniej oczy. Ta nazwa, zbyt wiele.
- Wie co robi – otworzyłam oczy i spojrzałam na nią. Jak ona się zmieniła, nie jest już tym nieupierzonym ptaszkiem, którego puściłam do dziadków, do Francji. Spod długich rzęs, patrzyły na mnie duże, stalowe oczy. Włosy, spięła w kok, tylko niesforne, czarne loczki opadały na okrągłą buzię. - Cieszę się, że wróciłaś.
Uwielbiałam te chwile, gdy beztrosko leżałyśmy, wpatrywałyśmy się w fotografie, a ja opowiadałam jej historie z Hogwartu. Zawsze wtedy iskrzyły jej oczy, kiedy nagminnie kazała mi opowiadać o huncwotach. Uwielbiałam to robić, czułam się jakbym znów była z nimi w domu, a do tego poznawałam ich z moją córeczką. Najgorzej było mówić o Syriuszu, ale nie wiedzieć czemu, nigdy o niego nie pytała, mimo, że to właśnie w jego zdjęcia wpatrywała się najdłużej. Najbardziej ciekawił ją Remus, nie mogła zrozumieć dlaczego zerwałam z nim wszelki kontakt. Było to przecież tak oczywiste, musiałam go chronić. Jednak, czy po upadku Czarnego Pana, też go chroniłam? Sama już nie wiem. Bałam się spojrzeć na niego, co jeśli i on obwinia mnie o śmierć Jamesa? Nie zniosłabym tego ciosu, wolałam uciec. Tak, inaczej tego nie nazwę. Uciekałam przed wszystkim co mnie przerażało. I tak ma wyglądać moje życie? Wieczna ucieczka przed najbliższymi? Jednak, czy oni dalej są najbliższymi, najukochańszymi? Mam rodzinę, męża i dzieci, czy to nie oni powinni być mi najbliższymi, a nie duchy przeszłości. Boję się przeszłości, ale boję się i przyszłości, więc może teraźniejszość przyniosłaby mi trochę bezpieczeństwa. Tak, muszę ich zobaczyć! Dziękuję, córeczko, za twoją nieświadomą pomoc...
- Potter stracił najwierniejszego przyjaciela. Czuje się bezbronny i zagubiony. Nie stanowi teraz zagrożenia, szybko i łatwo się go pozbędziemy. Jest bezsilny, bez swojego ojca chrzestnego. - oznajmił Voldemort, mimo niepowodzenia, był zadowolony. Zabili kogoś ważnego, dla jego odwiecznego wroga, Harrego Pottera.
Przy stole siedziało dwunastu śmierciożerców, tych najbardziej wiernych Czarnemu Panu. Jak się tu znalazłam? To oczywiste, dzięki Romualdowie. Cała jego rodzina służyła Czarnemu Panu, a on był najbliższy czarnoksiężnikowi. Wiele razy to pokazał, gdy na początku naszego małżeństwa torturował mnie, a nawet wtedy, gdy byłam w pierwszej ciąży, musiał pokazywać swoją władzę nade mną. Los żony śmierciożercy bywa okrutniejszy, niż los jego ofiar, które w końcu zabija. Tak naprawdę, skończyło się to jakieś dziesięć lat temu, gdy urodziłam mu chłopca i nie powtórzyło się juz nigdy więcej. Jednak teraz, wiedziałam, że to mnie spotka. Czarny Pan na pewno wiedział o mojej „niesubordynacji” w Departamencie Tajemnic, kiedy to odmówiłam walki z Zakonem. Kiedy ja kuliłam się czekając na karę, Bellatrix siedziała dumnie, zadowolona, że to właśnie ona uszczęśliwiła swego pana. Kto by sądził, że mogłam ją kiedyś lubić. Jak zawsze okrutna i niezdolna do jakichkolwiek wyższych uczyć. To właśnie ona pomogła ciotce dokonać wyboru co do mojego zamążpójścia. Kto by pomyślał, że coś takiego może zdarzyć się w dwudziestym wieku?
- Melody – usłyszałam jego głos, po plecach przeszedł mnie dreszcz.
- Panie... - starałam się zachować spokój, jednak mój głos był jakoś zbyt piskliwy.
- Mam dla ciebie zadanie. Hogwart przyjmie cię jako nauczycielkę pojedynków, mamy trudne czasu, uczniom przyda się trochę tej wiedzy. Masz zbliżyć się do Pottera i Dumbledora, jak tylko będzie to możliwe. Masz być moim szpiegiem tam. Ma Ci zaufać Zakon, tak, że powierzy Ci wszystkie swe tajemnice. Masz wydać mi wszystkich ich członków - mówił spokojnie.
- Panie to niemożliwe. Nie zaufają mi! - mój piskliwy głos, przerodził się prawie w krzyk. A więc to ma być moja kara. Dlaczego po prostu mnie nie zabiję?
- Pójdziesz do nich pobita i brudna, a oni ci zaufają, Melody.
Tortury. Tortury. Tortury. Jak mogłam sądzić, że będzie chciał się na mnie zemścić tylko w tamten sposób. To było oczywiste, że musiał mi pokazać gdzie moje miejsce, co mnie czeka jeśli go zdradzę. Kiedy cię torturują, nie wiele dociera do ciebie, jedynie strzępki rozmów, urwane słowa, śmiech. Jednak kiedyś, umiałam wytrzymać ból, musiałam wychwycić właśnie te najbardziej poufne informacje. Kto ostrzegł Dumbledora, że Czarny Pan chce zabić Jamesa i Lily? Ja. Zanim Severus zdobył się na odwagę zdradzenia swego pana, wszyscy już o tym wiedzieli. Zakon Feniksa, dawna rodzina, przyjaciele. Tak, byłam dawno temu członkinią organizacji zwalczającej Voldemorta...
Do oczu napłynęły mi łzy. Stałam na przeciwko, najpiękniejszego i najlepiej znanego mi domu. Gdyby on tu był, byłby to i mój dom. Wpatrywałam się w
Grimmauld Place 12, nie sądziłam, że zaklęcie Syriusz będzie silniejsze niż zaklęcie Fideliusa. Jak to możliwy? Nie wiedziałam. Black rzucił jakieś nieznane mi zaklęcie na swój dom, bym widziała go zawsze, kiedy będę chciała do niego wejść. A ja chciałam, musiałam, nie miałam wyboru. Voldemort dowiedział się, że gdzieś tu jest kwatera Zakonu, jednak ani on, ani żaden śmierciożerca, oprócz mnie nie zobaczy domu. O ironio losu!
Zapukałam, chciałam by nikt nie otworzył, jednak po chwili, drzwi otworzyły się nie pewnie. A w nich stał chłopiec, którego kiedyś znałam, teraz już mężczyzna. Zakręciło mi się w głowie, tortury mnie wyczerpały, już wcześniej ledwo stałam. Ostatnim co zobaczyłam, było przerażenie w jego oczach.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
czwartek, 1.października.2009, 21:11
Mam nadzieję, że się spodoba. Większość notek będzie wyglądać jak ta, mam nadzieję, że wszyscy zrozumieją o co tutaj chodzi. Ale jeśli będą jakieś nieścisłości, to chętnie wyjaśnię.
Teraźniejszość
Rozejrzałam się wokoło, na twarzach walczących widziałam zaciętość i skupienie. Wokół mnie latały zaklęcia, jednak ja, sparaliżowana nie robiłam nic. Bo jakbym mogła? Znałam ich wszystkich, jak mogłabym pozwolić sobie na walkę z nimi? Nie, to nie możliwe. Nie zrobię tego. Wychowałam się wśród nich, kochałam ich i szanowałam. Czy jestem teraz wstanie, stanąć przeciwko nim? Nie, nie jestem. Dlatego, właśnie stałam tam, z opuszczoną różdżką i nie robiłam nic. Dostrzegłam Dumbledore, jak bardzo chciałabym do niego podejść. Krzyknąć „Stop! Nie walczcie!” To jednak nie możliwe, nigdy nie będzie mi dane porozmawiać z nim. Nigdy. A tak bardzo chciałabym do niego podejść, jak stara przyjaciółka i jak gdyby nic powiedzieć: „Kochany dyrektorze, spotykamy się w trudnych czasach. Stańmy razem do tej walki” Tak się jednak nigdy nie stanie, podjętych decyzji w przeszłości, nie cofniemy. Dyrektor Hogwartu zaciekle walczył, gdybym nie odczuła upływu czasu, powiedziałbym, że nie zmienił się zupełnie w ciągu tych piętnastu lat.
Przekradłam się pod ścianę. Spotkałam tam pulchnego chłopca, który na mój widok rzucił jakieś zaklęcie. Nie trafił, a ja nie miałam zamiaru z nim walczyć. To dopiero dziecko, więc co on tu robi? Wiedziałam, że będzie tu Potter, ale nie sądziłam, że ten bezmyślny dzieciak przyprowadzi kogoś ze sobą. Chociaż..., jego ojciec miał ten sam dar. Ludzi do niego ciągnęło, poszliby za nim, nawet gdyby o to nie prosił. Zwłaszcza jego przyjaciele... To było jak
deja vi. Nagle ujrzałam siebie, sprzed jakichś szesnastu lat, kiedy to pierwszy raz trafiliśmy na śmierciożerców. Nie pozwolili nam iść ze sobą, jednak jako ich przyjaciele, zrobiliśmy to. Pamiętam jak bardzo James był wściekły, kiedy wpadliśmy w pułapkę. Czuł się winny, że nas naraził. Mogłabym się założyć, że tak czuje się teraz młody Potter. Oszukany, zawiedziony, wściekły i odpowiedzialny za przyjaciół.
Tylko ja miałam na sobie jeszcze maskę, wszyscy inni ukazali swe prawdziwe oblicze. Nie potrafiłam jednak jej ściągnąć, co jeśli mnie rozpoznają? Zauważyłam Lupina, chociaż rozpoznanie go, nie należało do najłatwiejszych zadań. Przez te lata bardzo się zmienił, zmarniał. Jednak w tym walczącym mężczyźnie, rozpoznałam tamtego rozważnego i inteligentnego chłopca, który brzydził się przemocą. Tak naprawdę, to nigdy nie sądziłam, że staniemy po przeciwnych frontach.
Spojrzałam na kamienny łuk i... wtedy go ujrzałam. Moje serce zabiło mocniej, chociaż sądziłam, ze to już nie możliwe. Obudził stare uczucie, które zakopałam głęboko pod ziemią, by nie cierpieć. A teraz stal przede mną, dumny jak zawsze, z uśmiechem na ustach i błyskiem w stalowych oczach. Nie widziałam w prawdzie tych oczu, ale mogłabym założyć się o tysiąc galeonów, że właśnie tak było. Nie dostrzegł mnie, zresztą , nawet jeśli nawet, to uznał mnie za zwykłego śmierciożercę. A to byłam ja. Chciałam krzyknąć, jednak głos odmówił mi posłuszeństwa. Chciałam tam pójść, ale po co, sama nie wiedziałam. Po wybaczenie? Że opuściłam go, wybrałam łatwiejszą drogę? Opłakiwałam każdą straconą sekundę z nim, którą mogliśmy wspólnie przeżyć, bądź razem umrzeć. Jednak chciałam go chronić, ich chronić, ale mi się nie udało. To co kochałam, poległo, straciłam jakąkolwiek nadzieję, a właśnie o ty chodziło Czarnemu Panu. Jednak musiałam coś zrobić, nie mogłam pozwolić mu znowu odejść. Zdjęłam maskę i kaptur, ukazując swoje prawdziwe oblicze. Ruszyłam w jego stronę, nawet jeśli nie będzie chciał mnie posłuchać, a byłam na to gotowa, odejdę. Ale muszę mu to powiedzieć. I niech mnie zabiję, bo na śmierć zasługuję, przecież to wiem. Czekam na nią od lat, a śmierć z ręki ukochanego..., czy jest coś bardziej romantycznego? Widziałam jak walczy z nią, ich ironiczne uśmiechu, ich zmagania. Wyglądało to jak zwykła rodzinna kłótnia, do których byłam przyzwyczajona w Hogwarcie.
I wtedy, i on mnie ujrzał. Były to ułamki sekund, kiedy nas wzrok się spotkał, a ja poczułam się jakbym znów była w szkole, gdy to siedzieliśmy na słonecznych błoniach, kłócąc się, kto kogo bardziej kocha.
Stanęłam, wystraszyłam się tego wzroku. Niby tak podobny, a tak cudzy, nie znany. Spoglądałam na nich, jakby byli całym światem, bo byli, a zwłaszcza jedno z nich. I wtedy to się stało. Z różdżki Bellatrix wystrzelił zielony promień, tak dobrze mi znany,który ugodził w ukochanego. Jakby w zwolnionym tempie widziałam, jak wpada za zasłonę.
Wszystko ucichło, a może tak tylko mi się wydawało. Do moich uszu dochodził jedynie śmiech Bellatrix, śmiech zadowolenia i triumfu. A moje serce znów rozpadło się na tysiące kawałeczków, których teraz chyba, nie będę w stanie pozbierać.
”Syriuszu!” krzyknęłam. Ale odpowiedziała mi cisza, a on nigdy nie dowie się tego, co chciałam mu powiedzieć...
Chciałabym, by jedno z tych ich zaklęć, trafiło we mnie. Tak, chciałam śmierci... Błagam, dajcie mi ją!
Przeszłość
Chyba każdy z nas pamięta swój pierwszy dzień w szkole. Ojciec był taki dumny, gdy dostałam list z Hogwartu. Mimo, że oboje wiedzieliśmy, że wkrótce powinnam go otrzymać i czekaliśmy na niego ze zniecierpliwieniem. Pamiętam pierwsze poważne zakupy na Pokątnej, gdzie poznałam przyszłych znajomych, a przynajmniej jednego z nich. Skąd mogłam wiedzieć, że to obróci moje życie do góry nogami? Nie mogłam.
A przyjecie do domów? Ach, cóż to było za wydarzenie. Nie zapomnę miny brata, gdy Profesor McGonagal wyczytała moje nazwisko. Jednak, gdy tiara wykrzyknęła swój wyrok, uśmiechnął się i rozluźnił. Zielony stół węża wiwatował, a ja spoglądałam w stronę „znienawidzonego” Gryffindoru i machałam do znajomych. Tiara dobrze wybrała. Nigdy nie żałowałam tego, gdzie się znajduję. Slytherin nie był wprawdzie przytulny, a ludzie dziwni, ale polubiłam klimat, który tu panuje.
Teraz kończę piąty rok nauki. Ciągnąc kufer na stacje w Hogsmade uzmysłowiłam sobie, że jestem na półmetku. Niedługo, będzie trzeba pożegnać się z tą beztroską i Hogwartem. Teraz jednak czekają mnie wakacje, a potem szósty rok...
Pociąg do Londynu pędził szybko, zbyt szybko. Na dworcu nie miał na mnie czekać ojciec, jak bywało zawsze, ale ciotka. Siostra mamy, nie była przeze mnie ulubioną postacią, jednak dobre wychowanie, nie pozwalało mi nigdy jej tego okazać.
W przedziale znajdywało się na pewno za dużo ludzi, ale nikt się tym nie przejął. Jedni czytali, drudzy grali w Eksplodującego Durnia, a jeszcze inni po prostu rozmawiali. To właśnie z Remusem miałam najlepszy kontakt, mimo, ze Huncwoci twardo zaznaczyli, ze ślizgonów nie lubią, jakoś przeboleli naszą znajomość. Lupin był jedną z pierwszych osób, którą poznałam, przecież tak dobrze pamiętam ten dzień na Pokątnej. Największe opory do zaakceptowania mnie, miał Syriusz. Znaliśmy się wcześniej, jego rodzina jednak nie przepada za moim ojcem. To właśnie znienawidzona ciotka przyprowadziła mnie do domu państwa Blacków, a Syriuszowi nigdy nie zapomnę tego, ze podpalił moje śliczne, rude włosy. Teraz jednak oboje uczymy się akceptować siebie i nie wrzeszczeć na siebie przy każdej możliwej okazji.
Pociąg zwolnił, a nam ukazał się peron 9 i 3/4.
Teraźniejszość
Rozejrzałam się wokoło, na twarzach walczących widziałam zaciętość i skupienie. Wokół mnie latały zaklęcia, jednak ja, sparaliżowana nie robiłam nic. Bo jakbym mogła? Znałam ich wszystkich, jak mogłabym pozwolić sobie na walkę z nimi? Nie, to nie możliwe. Nie zrobię tego. Wychowałam się wśród nich, kochałam ich i szanowałam. Czy jestem teraz wstanie, stanąć przeciwko nim? Nie, nie jestem. Dlatego, właśnie stałam tam, z opuszczoną różdżką i nie robiłam nic. Dostrzegłam Dumbledore, jak bardzo chciałabym do niego podejść. Krzyknąć „Stop! Nie walczcie!” To jednak nie możliwe, nigdy nie będzie mi dane porozmawiać z nim. Nigdy. A tak bardzo chciałabym do niego podejść, jak stara przyjaciółka i jak gdyby nic powiedzieć: „Kochany dyrektorze, spotykamy się w trudnych czasach. Stańmy razem do tej walki” Tak się jednak nigdy nie stanie, podjętych decyzji w przeszłości, nie cofniemy. Dyrektor Hogwartu zaciekle walczył, gdybym nie odczuła upływu czasu, powiedziałbym, że nie zmienił się zupełnie w ciągu tych piętnastu lat.
Przekradłam się pod ścianę. Spotkałam tam pulchnego chłopca, który na mój widok rzucił jakieś zaklęcie. Nie trafił, a ja nie miałam zamiaru z nim walczyć. To dopiero dziecko, więc co on tu robi? Wiedziałam, że będzie tu Potter, ale nie sądziłam, że ten bezmyślny dzieciak przyprowadzi kogoś ze sobą. Chociaż..., jego ojciec miał ten sam dar. Ludzi do niego ciągnęło, poszliby za nim, nawet gdyby o to nie prosił. Zwłaszcza jego przyjaciele... To było jak
deja vi. Nagle ujrzałam siebie, sprzed jakichś szesnastu lat, kiedy to pierwszy raz trafiliśmy na śmierciożerców. Nie pozwolili nam iść ze sobą, jednak jako ich przyjaciele, zrobiliśmy to. Pamiętam jak bardzo James był wściekły, kiedy wpadliśmy w pułapkę. Czuł się winny, że nas naraził. Mogłabym się założyć, że tak czuje się teraz młody Potter. Oszukany, zawiedziony, wściekły i odpowiedzialny za przyjaciół.
Tylko ja miałam na sobie jeszcze maskę, wszyscy inni ukazali swe prawdziwe oblicze. Nie potrafiłam jednak jej ściągnąć, co jeśli mnie rozpoznają? Zauważyłam Lupina, chociaż rozpoznanie go, nie należało do najłatwiejszych zadań. Przez te lata bardzo się zmienił, zmarniał. Jednak w tym walczącym mężczyźnie, rozpoznałam tamtego rozważnego i inteligentnego chłopca, który brzydził się przemocą. Tak naprawdę, to nigdy nie sądziłam, że staniemy po przeciwnych frontach.
Spojrzałam na kamienny łuk i... wtedy go ujrzałam. Moje serce zabiło mocniej, chociaż sądziłam, ze to już nie możliwe. Obudził stare uczucie, które zakopałam głęboko pod ziemią, by nie cierpieć. A teraz stal przede mną, dumny jak zawsze, z uśmiechem na ustach i błyskiem w stalowych oczach. Nie widziałam w prawdzie tych oczu, ale mogłabym założyć się o tysiąc galeonów, że właśnie tak było. Nie dostrzegł mnie, zresztą , nawet jeśli nawet, to uznał mnie za zwykłego śmierciożercę. A to byłam ja. Chciałam krzyknąć, jednak głos odmówił mi posłuszeństwa. Chciałam tam pójść, ale po co, sama nie wiedziałam. Po wybaczenie? Że opuściłam go, wybrałam łatwiejszą drogę? Opłakiwałam każdą straconą sekundę z nim, którą mogliśmy wspólnie przeżyć, bądź razem umrzeć. Jednak chciałam go chronić, ich chronić, ale mi się nie udało. To co kochałam, poległo, straciłam jakąkolwiek nadzieję, a właśnie o ty chodziło Czarnemu Panu. Jednak musiałam coś zrobić, nie mogłam pozwolić mu znowu odejść. Zdjęłam maskę i kaptur, ukazując swoje prawdziwe oblicze. Ruszyłam w jego stronę, nawet jeśli nie będzie chciał mnie posłuchać, a byłam na to gotowa, odejdę. Ale muszę mu to powiedzieć. I niech mnie zabiję, bo na śmierć zasługuję, przecież to wiem. Czekam na nią od lat, a śmierć z ręki ukochanego..., czy jest coś bardziej romantycznego? Widziałam jak walczy z nią, ich ironiczne uśmiechu, ich zmagania. Wyglądało to jak zwykła rodzinna kłótnia, do których byłam przyzwyczajona w Hogwarcie.
I wtedy, i on mnie ujrzał. Były to ułamki sekund, kiedy nas wzrok się spotkał, a ja poczułam się jakbym znów była w szkole, gdy to siedzieliśmy na słonecznych błoniach, kłócąc się, kto kogo bardziej kocha.
Stanęłam, wystraszyłam się tego wzroku. Niby tak podobny, a tak cudzy, nie znany. Spoglądałam na nich, jakby byli całym światem, bo byli, a zwłaszcza jedno z nich. I wtedy to się stało. Z różdżki Bellatrix wystrzelił zielony promień, tak dobrze mi znany,który ugodził w ukochanego. Jakby w zwolnionym tempie widziałam, jak wpada za zasłonę.
Wszystko ucichło, a może tak tylko mi się wydawało. Do moich uszu dochodził jedynie śmiech Bellatrix, śmiech zadowolenia i triumfu. A moje serce znów rozpadło się na tysiące kawałeczków, których teraz chyba, nie będę w stanie pozbierać.
”Syriuszu!” krzyknęłam. Ale odpowiedziała mi cisza, a on nigdy nie dowie się tego, co chciałam mu powiedzieć...
Chciałabym, by jedno z tych ich zaklęć, trafiło we mnie. Tak, chciałam śmierci... Błagam, dajcie mi ją!
Przeszłość
Chyba każdy z nas pamięta swój pierwszy dzień w szkole. Ojciec był taki dumny, gdy dostałam list z Hogwartu. Mimo, że oboje wiedzieliśmy, że wkrótce powinnam go otrzymać i czekaliśmy na niego ze zniecierpliwieniem. Pamiętam pierwsze poważne zakupy na Pokątnej, gdzie poznałam przyszłych znajomych, a przynajmniej jednego z nich. Skąd mogłam wiedzieć, że to obróci moje życie do góry nogami? Nie mogłam.
A przyjecie do domów? Ach, cóż to było za wydarzenie. Nie zapomnę miny brata, gdy Profesor McGonagal wyczytała moje nazwisko. Jednak, gdy tiara wykrzyknęła swój wyrok, uśmiechnął się i rozluźnił. Zielony stół węża wiwatował, a ja spoglądałam w stronę „znienawidzonego” Gryffindoru i machałam do znajomych. Tiara dobrze wybrała. Nigdy nie żałowałam tego, gdzie się znajduję. Slytherin nie był wprawdzie przytulny, a ludzie dziwni, ale polubiłam klimat, który tu panuje.
Teraz kończę piąty rok nauki. Ciągnąc kufer na stacje w Hogsmade uzmysłowiłam sobie, że jestem na półmetku. Niedługo, będzie trzeba pożegnać się z tą beztroską i Hogwartem. Teraz jednak czekają mnie wakacje, a potem szósty rok...
Pociąg do Londynu pędził szybko, zbyt szybko. Na dworcu nie miał na mnie czekać ojciec, jak bywało zawsze, ale ciotka. Siostra mamy, nie była przeze mnie ulubioną postacią, jednak dobre wychowanie, nie pozwalało mi nigdy jej tego okazać.
W przedziale znajdywało się na pewno za dużo ludzi, ale nikt się tym nie przejął. Jedni czytali, drudzy grali w Eksplodującego Durnia, a jeszcze inni po prostu rozmawiali. To właśnie z Remusem miałam najlepszy kontakt, mimo, ze Huncwoci twardo zaznaczyli, ze ślizgonów nie lubią, jakoś przeboleli naszą znajomość. Lupin był jedną z pierwszych osób, którą poznałam, przecież tak dobrze pamiętam ten dzień na Pokątnej. Największe opory do zaakceptowania mnie, miał Syriusz. Znaliśmy się wcześniej, jego rodzina jednak nie przepada za moim ojcem. To właśnie znienawidzona ciotka przyprowadziła mnie do domu państwa Blacków, a Syriuszowi nigdy nie zapomnę tego, ze podpalił moje śliczne, rude włosy. Teraz jednak oboje uczymy się akceptować siebie i nie wrzeszczeć na siebie przy każdej możliwej okazji.
Pociąg zwolnił, a nam ukazał się peron 9 i 3/4.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
poniedziałek, 28.września.2009, 18:28
Nigdy nie zapomnę mej przeszłości. Słodkiej i gorzkiej, ale mojej. Przyszłość przeraziła nas oboje. Mimo, ze należeliśmy do tego samego świata, wybraliśmy dwie zupełnie różne drogi. Ty pełną zakrętów i niepewności, a ja tą najprostszą. Nie myślałam wtedy, ile przyniesie mi to cierpienia. Nie myślałam, ze będę tyle razy musiała patrzeć na śmierć twoją i przyjaciół. Jednak podjętych decyzji, nie cofniemy. I mimo odległości, która nas dzieliła, byliśmy ciągle przy sobie. Ja byłam przy tobą myślą, a ty patrzyłeś na mnie jej oczami. Tajemnice, których nigdy nikt nie pozna. A ten przeszywający wzrok małej dziewczynki, przypomina mi szkolne lata. Lata, w których oboje uświadomiliśmy sobie drzemiące w nas uczucia.... A ja, nigdy nie powiedziałam Ci żegnaj!
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii